Chwasty czas wyrwać!
Witajcie moi drodzy. Ile to już czasu minęło od czasu mojego ostatniego posta?
Tak, ja również sądzę, że za wiele. Tak więc chwasty czas wyrwać – pora nowego wpisu właśnie nadeszła!
Tematem dzisiejszego postu będzie zwykła refleksja nad niezwykłymi słowami. Otóż czytając na internecie, jakie to te młode pokolenia są złe, niedobre i be, natknąłem się na pewną wypowiedź: „To rodzice i najbliższe otoczenie wychowuje młodzież. Jeżeli 30 lat temu młodzież była taka świetna to czemu teraz nie potrafi wychować nowego pokolenia? Pamiętaj że podczas zaborów, okupacji itp. chcemy tworzyć silne więzi i chcemy się upodabniać do siebie. Gdy jest wolność szukamy za wszelką cenę różnic. Ustrój nie ma tu znaczenia. Gdy cierpimy jesteśmy lepszymi ludźmi.” I oto nasuwa się pytanie – czy nie jest to czysta prawda? Ludzie szukają teraz różnic, podziałów, chcą udowodnić innym, że są od nich lepsi, że mają i mogą więcej. Bo już takie z nas podłe zwierzęta, że jeśli mamy za dużo, tracimy umiejętność odróżnienia tego, co tak naprawdę jest ważne.
Kolejnym przykładem dla potwierdzenia może być rozmowa Eli’ego z Solarą („Book of Eli”), gdzie Eli zapytany o to jak było w dawnym świecie odpowiedział „Ludzie mieli więcej niż potrzebowali. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, co jest cenne, a co nie. Porzucaliśmy rzeczy, za które ludzie dziś się zabijają.” I chociaż dzisiaj mamy wszystkiego pod dostatkiem, czy nie mówilibyśmy tak samo w przypadku jakiejś ogromnej klęski (tak wiem, znów ta apokalipsa…)? Wtedy zapewne ludzie by się jednoczyli, by odbudować nowy świat na ruinach tego, co zostało z „domu”.
Choć z drugiej strony, nie każdy jest taki. Sporo osób korzystałoby z braku praw i zakazów, rabując, gwałcąc i mordując. I po raz kolejny nasuwa się pytanie – czy to kwestia ustroju, wychowania, czy może mentalności? Nie każdy odczuwa potrzebę jednoczenia się i bratania w obliczu trudnych, dramatycznych wręcz sytuacji, nawet jeśli osiągają one skalę światową.
Ja osobiście uważam, że w najlepszym guście byłoby chociaż spróbować zacząć wszystko od nowa – razem, wspólnymi siłami starać się dojść do celu, którym jest przetrwania, walka i w końcu zwycięstwo. Bo w wypadku, kiedy cały naród, czy nawet gatunek jest w niebezpieczeństwie naprawdę warto jest choć raz zadbać o sprawy całokształtu, porzucając dążenie do bogactwa i sławy.
Anielska Spowiedź
Witajcie. Ostatnio rozmyślałem nad kolejnym krótkim tekstem, napisanym po prostu w celach rekreacyjnych. I oto jest, świeżo stworzony. Jest to, jak mówi tytuł, światopogląd pewnego Anioła, który ukazuje całą prawdę o świecie, tym materialnym i tym eterycznym.
Oczywiście opowiadanie to nie ma żadnego związku z moimi wierzeniami i religią i nie ma na celu nikogo obrażać, czy też urągać mu w jakikolwiek sposób.
***
- Witaj, człowieku. Kim jestem? Aniołem. Nazywam się Daelias, tu, wśród moich pobratymców, lecz ty z pewnością nazwał byś mnie „dobrym duchem” lub „aniołem stróżem”. Pytasz jaki jest cel mojej wizyty? Chcę was uświadomić. Was, ludzkość. Mam zamiar powiedzieć ci rzeczy, które być może wywrócą świat do góry nogami, może nikt ci nie uwierzy, może uznają cię za szaleńca. Ważne tylko byś dokładnie mnie posłuchał…
Więc chciałbyś się dowiedzieć czy istnieje Bóg? Owszem, istnieje. Istnieje dlatego, bo wy, ludzie, go wymyśliliście. Nie, to nie wy jesteście jego wiernymi sługami, to on służy wam. Utrzymujecie jego istnienie poprzez samą wiarę w niego. Dopóty, dopóki ostatnia osoba na Ziemi będzie wierzyć w Boga, będzie istniał. Jak wygląda? Nie wiem, nigdy nie dane mi było go ujrzeć. Zresztą nie jestem nawet pewien czy to możliwe. Wyczuwałem go, nie raz, nie dwa, ale nigdy go nie widziałem.
Szatan? Tak, też istnieje. Ale podobnie jak Boga, jeszcze nigdy go nie widziałem. Emanuje taką samą potęgą jak Bóg, ale w nim jest coś jeszcze. Można wyczuć bijące od niego zło, ogarnia cię strach, grzeszne i koszmarne myśli. Tak, jego też wy wymyśliliście. Utrzymujecie, że Szatan istnieje, więc tak jest.
Jeśli chodzi o Anioły, jest to zupełnie inna sprawa. Każdy z nas jest inny, taki, jakiego wyobraża go sobie właściciel. Tak, właściciel, bo jesteśmy przecież od was zupełnie zależni. Nie raz widziałem, jak Anioł umierał, tylko dlatego, że ktoś, kogo miał chronić, po prostu stracił w niego wiarę. To straszny widok. I jeszcze ten krzyk, rozdzierający zaświaty… Czy wtedy płaczę? Ja nie, tak mnie sobie wyobrażono. Ale wielu moich braci owszem. Wielu z nich bardzo to przeżywa, inni natomiast po prostu przechodzą obok, jakby nic się nie stało. Można właściwie powiedzieć, że jesteśmy bardziej ludzcy niż się wam wydaje. Jesteśmy często kopiami swoich właścicieli, tak samo myślimy i działamy. Wielu z nas na dobre to nie wychodzi, ale nic nie można na to poradzić. Bóg też nas zniewolił, choć wy wyobrażacie sobie to nieco inaczej. Nie możemy odwrócić się od ludzi, nie mamy takiej możliwości. Nawet nie nachodzą nas takie myśli.
Ach tak, upadłe anioły. Niedoskonałe twory Boga, które odwróciły się od ludzi. Bóg nie potrafił utrzymać ich w ryzach, więc wyrwały się z niewoli i dołączyły do Szatana, by stanąć u bram wolności. Czy postępują słusznie? Cóż, nie mnie to oceniać, nie potrafię myśleć w taki sposób. Wiem tylko, że gdy ktoś utraci wiarę w swojego stróża, jeden z upadłych przywiązuje się do jego duszy. Odtąd współdziałają ze sobą praktycznie aż do śmierci właściciela. Chociaż w tym przypadku nie można do końca nazwać człowieka właścicielem. Upadły anioł ma do powiedzenia tyle samo co jego posiadacz. Dziwne, prawda?
A teraz idź, idź i głoś moje słowa, bo są zbyt cenne, byś zaprzepaścił je w otchłani czasu
***
Na koniec, chciałem tylko dodać, że jest to post, a właściwie szort z dedykacją dla Całuśnej
Człowieku, rozwijaj się!
Cześć i czołem, po raz kolejny.
Dzisiejszy post ma charakter nie tylko refleksyjny, jest to również swego rodzaju apel do was. Apel dotyczący tego, byście się rozwijali w wielu kierunkach, wkładali serce w to co robicie i cieszyli się każdą możliwą chwilą, bo czas płynie naprawdę szybko. Żaden z was nie chciałby z pewnością zamiatać ulic, czy żyć na zasiłku, ale to nie przyjdzie samo. W dzisiejszych czasach, aby stać się kimś trzeba się nieźle natrudzić. Ilu z was może powiedzieć „jestem z siebie dumny pod każdym względem”? Z pewnością nikt.
Chodzi mi o to, byście przemyśleli dobrze to, kim chcecie zostać i byście wybili się ponad tę szarą miazgę przeciętności. Pierwszą rzeczą jaką należy zrobić, jest przykładać się do waszych działań, do tego co robicie, tego co lubicie robić. Dla przykładu, kiedy prowadzę sesję RPG, staram się robić to jak najlepiej – przygotowuję się do niej, układam scenariusz, staram się wszystko dobrze odgrywać i połączyć w całość. Po sesji, patrząc na moich graczy i rozmawiając z nimi wiem, że zrobiłem to dobrze, wiem, że się postarałem i z czystym sumieniem mogę powiedzieć – jestem w tym dobry. Ale nie najlepszy, i tu jest problem. Więc gdy robię kolejną sesję, po raz kolejny dobrze się do niej przygotowuję, staram się, by wyszło mi jak najlepiej, by gracze byli po niej jak najbardziej szczęśliwi. To daje mi pewność, że po raz kolejny zrobię to dobrze. Zrobię to jeszcze pięć, dziesięć, sto razy. Wtedy wiem, że jestem w tym bardzo dobry.
Należy starannie pielęgnować swoje zainteresowania, umiejętności i wiedzę, wkładać ciężką pracę i sporo czasu w to, by stawać się wciąż lepszym i lepszym w tym co robicie, a wtedy na pewno będziecie mogli powiedzieć „jestem z siebie dumny”. Ale nigdy nie spoczywajcie na laurach, nie stawiajcie poprzeczki zawsze na tej samej wysokości. Stopniowo, ale regularnie wymagajcie od siebie coraz to więcej i więcej, a wkrótce zobaczycie, że nikt wokół was nie jest w stanie się z wami równać. A to już pierwszy krok do bycia kimś.
Jeżeli lubisz sport – zapisz się do jakiegoś klubu, trenuj, trenuj i jeszcze raz trenuj, wymagaj od siebie sporo, rób więcej od innych, a zobaczysz – będziesz od nich lepszy, ktoś cię dostrzeże i wzniesiesz się ponad przeciętną. Jeżeli lubisz pisać – pisz. Załóż bloga, pisz opowiadania, wkładaj w to sporo wysiłku i pracy, a kiedy napiszesz coś naprawdę dobrego, to pamiętaj – możesz zrobić to jeszcze lepiej, bo wciąż zdobywasz nowe doświadczenie, pielęgnujesz swoje hobby i rozwijasz się.
Kończy mi się już czas, bo jestem umówiony, więc na zakończenie zadam wam tylko pytanie: Jakie wy macie ambicje? Co ze sobą robicie, by się rozwijać, stawać się coraz lepszym i lepszym. I najważniejsze: Czy jesteście z siebie zadowoleni?
„A bliźniego swego[...]„
„[...]dechą przez łeb.”
Witam po raz kolejny, drodzy odbiorcy. Dzisiejszym poruszanym tematem będzie pomoc bliźniemu, czy też jej zupełna odwrotność.
Na wstępie dodam, że post ten jest pisany przez pryzmat mojej osoby. I tutaj należy się zastanowić – jaki ja jestem dla bliźnich? Po głębszej autorefleksji sumienia, stwierdzam, iż niestety jestem egoistą. Nie możesz tego po mnie poznać? – znaczy, że jesteś dla mnie dość ważną osobą, która zasługuje na zwrócenie na siebie uwagi. Zauważyłem, że potrafię wyciągnąć pomocną dłoń, lecz nie do każdego. Moi koledzy, przyjaciele, rodzina i najbliżsi zazwyczaj mogą liczyć na moją pomoc z pozytywnym skutkiem. Z kolei żebracy, nieznajomi, osoby których specjalnie nie lubię, porywają się często z motyką na Słońce będąc niemal pewnymi swych charyzmatycznych zdolności mających zachęcić mnie do oddania im dziesięciu lub więcej groszy, czy innych „skarbów”, nadając mi zazwyczaj tytuły „miszczu”, „szefie”, czy inny panie i władco.
Ale do rzeczy. Moim zdaniem, nie każdy jest warty pomocy. To właśnie różni ludzi od Boga – dar przebaczania i łaski oraz wyciągnięcia ręki do każdej zbłąkanej duszyczki. Powiedzmy, że mam 30 lat, własną dobrze prosperującą firmę, piękną żonę i duży dom. Pewnego dnia przychodzi do mnie brudny pan i prosi o chleb. O chleb, tak po prostu. Oczywiście dam mu ten bochenek, a nawet dorzucę jakiś pasztet. Ale sytuacja odwróci się o 180 stopni, gdy ten sam pan poprosi mnie o pieniądze. Odeślę go z wiadomością o tym, że jego kolejną próbę wyżebrania ode mnie pieniędzy, zgłoszę jako najście i wynikną z tego komplikacje prawne.
Kolejny przykład: Biedak od urodzenia vs. biedak – stoczony ćpun. Ten pierwszy z pewnością może liczyć na moją pomoc. Dam mu jeść, pić, a może nawet kupię mu jakąś nową kurtkę na zimę. Ćpun jedynie wzbudzi we mnie pogardę i zgorszenie wobec gatunku ludzkiego, który upada coraz to niżej. Ale o tym kiedy indziej.
Reasumując: sądzę, że powinno się pomagać innym, oczywiście całkowicie bezinteresownie – bo jest to dobre i prawidłowe. Lecz niestety nie każdy zasługuje na tę pomoc. Jeżeli ktoś potrafił upaść tak nisko, że na rynsztok patrzy z zadartą głową, to z pewnością miał czas na powiedzenie „dość”. Ale nie, „raz się żyje”, „żyje się chwilą”. Dobrze. To teraz prowadź dalej swoją marną egzystencję jako pasożytniczy byt żerujący na społeczeństwie, ale nie próbuj nazywać tego życiem…
A co wy o tym myślicie, jakie macie zdanie na ten temat? Może nie jestem obiektywny, może jestem zbyt agresywny w tym temacie? Jakkolwiek. Po prostu dajcie znać.
Głębsze spojrzenie na apokalipsę
„Witajcie, dzieci!”. Powitam was dziś tymi pamiętnymi słowami, które słyszę za każdym razem, gdy włączam postapokaliptyczne Radio Galaxy News. Bo tym właśnie się dziś z wami podzielę – postapokalipsą, lecz pod nieco innym kątem, bardziej niestandardowym. Bo przecież apokalipsa to niekoniecznie oślepiające światło spadających bomb atomowych i wieczna pustka, która po nich nastała, to nie musi być choroba popromienna, nuklearna zima, czy zmutowane Ghule.
Do napisania tego posta zainspirowała mnie dzisiejsza lekcja j. polskiego, a dokładniej tekst Adama Zagajewskiego „Po końcu świata„. Tekst ten ujmuje koniec świata w nieco innych, bardziej znanych nam i codziennych ramach. Nie chodzi tu o spustoszały świat bez nadziei ale o nieco bardziej przyziemne, choć wciąż jakże poważne sprawy. Zagajewski otwiera swój tekst w ten sposób: „Czy żyjemy już po końcu świata? Historyk powie, że epokę naszą poprzedziły niezliczone końce świata. Upadł groźny Babilon. [...] Upadło Bizancjum. [...] I potem druga wojna, zagłada Żydów, dwa powstania w Warszawie, kurz i pył, groby na podwórkach czynszowych kamienic. I potem znowu życie, stokrotki, bielizna susząca się na białych sznurach, w antykwariatach książki z poprzedniej epoki, nagle starsze o tysiąc lat.„
Zagajewski świetnie zobrazował tu tytułowy koniec świata. Bo czy ludzkość żyjąca w czasach upadku Bizancjum, w tamtych właśnie rejonach nie spostrzegła tego jako koniec świata? Dla nich z pewnością skończył się doczesny świat, umarł. Lecz mimo to, na jego zgliszczach powstanie nowy – lepszy? Nie wiadomo. Ważne jest tylko to, by iść dalej, by się nie poddać, nie można porzucić nadziei.
Co by było, jeśli my, Polacy, utracilibyśmy wiarę w lepsze jutro podczas okresu, w którym straciliśmy niepodległość. Był to dla nas ogromny cios, nasza apokalipsa, trwająca przez całe 123 lata. Przez ten długi okres czasu udowodniliśmy, że wciąż idąc naprzód, brnąc przez choćby najgłębsze bagna i dążąc do odbudowy straconego świata można osiągnąć sukces. Krótko po tych latach niewoli, nadeszły wojny, a w szczególności chciałbym zaznaczyć tę drugą. Kiedy w okupowanej Polsce panoszył się okupant, nic nie było jak dawniej, wszystko co stare i dobre przeminęło z wiatrem. Czy nie była to dla Polaków swego rodzaju apokalipsa? I tu ponownie, jednocząc siły obaliliśmy ją!
Całość podkreśla cytat autora: „Różne są stopnie tragiczności końców świata”. Bo przecież nie sposób porównać „końca świata” spowodowanego na przykład wypadkiem samochodowym, po którym skutkiem będzie dożywotnie kalectwo, do chociażby zrzutu bomb na Hiroszimę i Nagasaki, w których łącznie zginęło ponad 150 000 osób. Lecz autor nawołuje, by niezależnie od tego, jak katastrofalne będą skutki „końca świata” wciąż iść przed siebie z podniesioną głową i żyć jak zawsze, bo przecież to nie był pierwszy i z pewnością nie ostatni koniec świata. Po prostu żyć jak zawsze…
-Halo? Jaka bomba? Atomowa?!
Muszę przyznać, że spośród moich trzech głównych nurtów zainteresowań – SW, fantasy i PostApo, ta trzecia pozycja ostatnio prowadzi. Zamiłowanie do postapokaliptycznego świata w połączeniu z zepsutym telefonem, wolnym czasem i odrobiną chęci oraz twórczości, w moim przypadku zaowocowała Postapokaliptycznym Telefonem (z góry przepraszam za średnią jakość zdjęć, ale ja i mój cyfrowy aparat od zawsze mieliśmy słabe zgranie).




Jedynym mankamentem mojego telefonu jest to, że… nie działa.
Poza tym kilka dni wcześniej wyglądał nieco lepiej, ponieważ po ostatniej próbie „masteringu” zgubiłem klawisz „6″ i pomimo szczerych chęci odszukania go, przepadł.
Raz na lodzie, raz pod lodem…
Witam w kolejnym poście.
Dziś, po wyjściu ze szkoły, napotkałem swojego znajomego – Shevu, który jest założycielem Wałbrzyskiego Fanklubu Star Wars – http://ewfsw.boo.pl. W natłoku myśli podczas naszej rozmowy, ukształtowało mi się pytanie – a co by było, gdyby na Hoth nieco się ociepliło i nastąpiłaby wielka odwilż o zasięgu globalnym? Tak, wiem, że w dzień panuje tam temperatura około -30 stopni Celsjusza i praktycznie nie ma takiej możliwości, żeby temperatura skoczyła na tyle, by śnieg zaczął się topić, ale sami pomyślcie – już dziś trwają prace dotyczące manipulacją pogody, a Chińczycy wystrzelili nawet w chmury rakiety z jonami srebra, przez co spowodowali opady śniegu. Weźcie pod uwagę to, jak Imperium było zaawansowane technicznie podczas wojny z Rebeliantami.
Tak więc załóżmy, że Imperium w formie niegdysiejszej Republiki jakieś, hmmm… 1000 lat temu wyprodukowało taki sprzęt. Z pewnością sporo by zaoszczędzili na jakże kredytochłonnym transporcie wojsk na Hoth, godzinach walki i oczywiście na czasie. Jeżeli podwyższyli by temperaturę na planecie do, powiedzmy 10 stopni, to nie czekaliby długo na wyprowadzkę Rebelii, która mogła wpaść w ich sidła w przestrzeni, ponieważ w jej granicach nie można wykonywać skoków w nadprzestrzeń. Oczywiście to tylko moja wizja, zachęcam do udzielania się w komentarzach.
Z drugiej strony, tak sobie myślałem, czy na Manaan kiedyś były bardzo niskie temperatury, sprawiające, że zamarzała woda? Z Pewnością nie, ale kiedy tylko sobie to wyobrażam, widzę wielkie lodowisko, po którym śmigają sobie Selkathowie, aby zdążyć do pracy na plantację kolto
Szort PostApo
Świat się skończył
Matt po raz kolejny dostał zlecenie, niby jak każde inne, ale jednak specjalne. Bo kto daje ci załadowanego Nissana Navarę z tekstem „jak już odstawisz ładunek bryka jest twoja”? Był to pierwszy raz, kiedy Matt otworzył paczkę, by zobaczyć co jest w środku. Paka cała była wypełniona jakimiś elektronicznymi badziewiami, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak jakieś komputerowe części. No tak, w końcu koleś który dał mu tę robotę wyglądał jak typowy mózgowiec – okularki, chuda, wydłużona gęba, wystające zęby i hektolitry śliny wydalane podczas rozmowy. Było tego cała skrzynka, ze sto, może i więcej sztuk. Błyszcząca fura i skrzynia gambli na pace. To może być dobra okazja na przekręt. A może by tak zatrzymać się w mieście Upadłych Aniołów i spróbować opchnąć cały ten towar, zamiast jechać aż do San Diego? Koleś był z okolic Salt Lake, co może mu zrobić bogobojny jajogłowy, kiedy już dowie się, że przesyłka zaginęła w akcji?
Trzeba korzystać z życia. Lepiej opchnąć cały stuff w LA i się zabawić!
***
- Mój świat umarł. Wtedy, w 2020, kiedy spadły pierwsze z nich. Atomówki rozpętały śmiertelną pożogę w całej Ameryce, dzieciaku. Wszystko co tak dobrze znałem zniknęło w rozbłyskach światła. To, co jest teraz jest żałosną pamiątką z przeszłości. – Starzec spojrzał smutnie na Matta i pociągnął spory łyk rozrzedzonego piwa - Żyjemy w dupie, dzieciaku, wiem co mówię. Szkoda mi was, młodych. Rodzice zrobili wam wielką krzywdę. Nigdy już nie będziecie mieli okazji przejść się z dziewczyną do parku, zabrać ją na romantyczną kolację przy świecach.
- Może tak, może nie. Ja tam jakoś specjalnie nie narzekam. Jak dla mnie, to świat nie umarł, póki my jeszcze żyjemy. Mój świat dopiero się rozkręca, mam dwadzieścia lat, Steve. Nawet jeżeli kiedyś było lepiej, to nie żałuję, bo nie zdążyłem tego poznać. Ciesz się życiem, stary, tym co masz, bo mogło być z tobą gorzej. Pierdolenie o tym, że świat umarł i się skończył jest nie na miejscu. Póki są dziewczyny, piwo i robota mój świat się nie skończy. Zobacz tylko – zapalara Zippo, złoty zegarek, kajdan na szyi i szlugi zawsze pod ręką, niewiele potrzeba mi do szczęścia. – To prawda, odkąd Matt zdecydował się buchnąć te komputerowe blaszki żyje aż nadto dostatnie. W dodatku minął miesiąc i jeszcze nikt nie raczył się upomnieć o zaginiony towar. – Bywaj, Steve. Muszę jeszcze odwiedzić Jeanine, obiecałem jej, że wpadnę.
Matt wstał od stołu i skierował się w stronę wyjścia, schylając się, aby nie uderzyć głową o nisko zawieszony sufit w knajpie zrobionej z przedwojennego bunkra. Kiedy łapał już za klamkę, drzwi otworzyły się ukazując olbrzymią sylwetkę. Czlowiek, który za nimi stał miał jakieś dwa metry wzrostu i posturę jak typowy hegemończyk. Miał na sobie pospawaną metalową kamizelkę, grubą na jakiś centymetr, szare bojówki, glany z metalowymi podeszwami i dymiącego szluga w dłoni. Wolną ręką odepchnął Matta na ścianę.
- Jakiś problem, gringo? – Spytał Matt nieznajomego przybysza. Jego ręka automatycznie znalazła się w okolicy glocka włożonego za pasek.
- No kurwa słyszeliście bachora? Gdzie się nie spojrzeć tam gruz, śmieci i trupy, a gówniarz się mnie pyta, czy mam jakiś problem?! – Kilku bywalców knajpy zaśmiało się ponuro. – Taki mam problem, mały, że świat się skończył.
- Nie dla mnie, człowieku. Póki ja żyję, mój świat się nie kończy.
Wielkolud pociągnął po raz ostatni swojego papierosa, po czym upuścił go na podłogę i z głośnym stuknięciem zdeptał go butem. Wyciągnął z kieszeni jeden z procesorów, bardzo podobnych do tych, które ukradł Matt. Chłopak poczuł się, jakby jego żołądek znalazł się gdzieś w okolicach przełyku.
- Więc pozwól, że cię oświecę. – Rzucił blaszkę do Matta, który zręcznie ją złapał, odsuwając rękę od pasa – Twój świat również się skończył. Pozdrowienia od mojego brachola.
Ostatnim, co Matt poczuł, był chłód metalowej lufy na swoim czole.
Trzy, dwa, jeden… Start!
Pierwszy post na blogu. Jakże ważny, bo to przecież on daje świadectwo o mnie, o tym, co znajdziecie tu w przyszłości. Pisany niby od niechcenia, ale przecież jakoś zacząć trzeba. Więc, do rzeczy:
Nazywam się Dawid Kwiecień, Mieszkam w Wałbrzychu. Interesuję się Przede wszystkim Gwiezdnymi Wojnami i RPG, chociaż mnogość moich zainteresowań przeraża mnie samego. Do tych podgłównych należy doliczyć jeszcze sport, muzykę i wszelkie podgrupy tematyczne RPG, jak chociażby postapokalipsa, czy fantasy.
No dobra, teraz, gdy już powoli zaciekawienie ulega znudzeniu, muszę powiadomić was o czym będzie ten blog. Otóż nie mam pojęcia. Wstępne założenie jest takie, że będę tu umieszczał swoją opinię na temat X, czy wrażenia po Y, lecz czas pokaże co tak naprawdę się tu znajdzie, a biorąc pod uwagę moje skłonności do robienia wielu rzeczy naraz, to zapewne znajdzie się też tu kilka owoców mojej twórczości.
Ciężko jest napisać coś sensownego, kiedy tak naprawdę robi się to po to, aby nie zapomnieć zrobić tego później w natłoku spraw, więc na sam początek podzielę się z wami moim opowiadaniem w klimatach PostApo, które znajdziecie w poście powyżej